piątek, 16 września 2011

rewolucja w limie.

od wczoraj mieszkam w zakonie. zakonie z kaplicą, zakonnicami, pysznymi obiadami i brewiarzem po hiszpańsku. odróżniam się. i nie dlatego, że nie noszę habitu, bo żadna z sześciu sióstr go nie nosi i nie dlatego, że jak żadna latynoska mam krótkie włosy, bo wszystkie mniszki mają równie krótkie.odróżniam się, bo nie jestem ani meksykanką, ani ekwadorką, peruwianką, aregentynką. nie jestem nawet hiszpanką i kaleczę łączący je język.  

w moim zakonie przy jednym stole gromadzi się całe bogactwo wielokulturowości. i nie dlatego, że ja jestem inna, lecz dlatego, że to ameryka jest tak zróżnicowana. jeden wspólny obiad, świąteczny, bo święto matki boskiej bolesnej i przywitanie sieroty z kraju świętego papieża, uzmysławia różnice kulturowe. nawet rysy twarzy zdradzają, że nie wszystkie metyski są peruwiankami. banalne pytanie: 'y que se come en polonia?' zamienia się w wyprawę kulinarną po całej ameryce łacińskiej. przykładowo w ekwadorze, 'w połowie świata' jak mawia ekwadorka, jada się jeszcze więcej ryżu, a meksykanka przed obiadem wcina papaję, co wzbudza poruszenie reszty - przecież miała być na deser. peruwianka obok mnie z rosołu wyławia  ugotowaną nogę kury z pazurami i z radością zajada. wydaje się pyszna. patrzę na nie z boku i wydaje mi się, że jeszcze wiele czasu minie zanim się odkryją, zachwycam się ich otwartością i wzajemnym zainteresowaniem. i zastanawiam się, na ile to moja obecność wzbudziła w nich wspomnienia z rodzinnych stron.

co pocieszające w nieodkrytym świecie kulinarnym przynajmniej zmywa się jak w polskich zakonach, więc mogłam się wykazać :)

i ważny aspekt nowego lokum, oprócz spokoju nieocenionej kaplicy - moje badania do pracy magisterskiej nad popularnym katolicyzmem w peru. jednym słowem - znalazłam idealne miejsce bez składania ślubów i wskakiwania w habit :)

sobota, 3 września 2011

lima - pisco - paracas - ica - nazca - arequipa - puno - lago titicaca - lima.

oznaką czego jest milczenie? dobrej zabawy, choroby odbierającej chęć pisania, braku przeżyć, zaniku świadomości, braku czasu?

pierwsza podróż wewnątrz peru zaczęła się dramatycznie. autobus z javier prado o 14, zajęcia do 13, ogromny korek, wyskoczenie z combi, wyścigi z autobusami toczącymi się powoli do przodu, ciężki plecak, pięciopasmowa droga, na środku barierka i dwie zdesperowane kobiety, które mają cztery minuty do odjazdu, stoją na chodniku naprzeciwko dworca autobusowego, a od szczęścia dzieli je tylko dziesięć pasów, wysoka barierka na środku i wielu wariatów za kierownicami. jak dwie desperatki przebiegłyśmy wśród trąbnięć i niedowierzania latynosów połowę trasy, ściągnęłyśmy plecaki, przeskoczyłam ja, karolina podała mochilę moją, swoją, przeskoczyła, jeszcze tylko pięć pasów, śmierć w oczach i byłyśmy! równo o 14. tak dramatyczny początek mógł zwiastować tylko bardzo dobrą przygodę. i rzeczywiście taką była :)
(a autobus zgodnie z czasem latynoskim spóźnił się oczywiście 40 minut. naiwne gringas.)

peru nie zachwycałoby tak, gdyby nie wykłady o kulturze nazca, wiedza o paracas, roczne przygotowanie do zwiedzania tych cudów. 2600 km w siedem dni. trzy choroby w jednym dniu. dwie dziewczyny na krańcu peru.

pisco to wychudzone, biedne i piękne psy, tabuny psów na ulicach. jak w książkach pawlikowskiej. psy bez imion, bez życia, bez właścicieli, z spokojem, z głodem, z czerwonymi oczyma. pisco to motoriksze, z uśmiechniętymi kierowcami, bzyczące komarki na krzywych drogach. pisco to zamknięta bazylika, smutna po trzęsieniu ziemi w 2007, pamiętająca, że zabiła wiele osób.

paracas to islas ballestas. majestatyczne lwy morskie wygrzewające się na skałach, pingwiny, kondory, cała wyspa biała od ptaków i ich odchodów, paracas to wolność oceanu i pelikanów, które w locie łapią rzucane im ryby. paracas to pustynia z czerwoną plażą, z najlepszą sałatką avocado, z szalonymi taksówkarzami, którzy jadąc po wydmach nagle na cały regulator włączają nirvanę.

ica to świeży sok z pomarańczy wyciśnięty na naszych oczach, pity na ulicy. to laguna wśród pustyni, raj dla amatorów piaskowego szaleństwa, to deska snowboardowa wypożyczona za 5 soli, podchodzenie na wydmy i zjeżdżanie na wosku i kawałku drewna. ica to piasek w ustach, broda z piasku, piasek w wodzie, popisy do kamery. ica to zbiorowy prysznic, jednym słowem huacachina.

nazca to pusta przestrzenna droga w środku niczego jak z amerykańskich filmów, to hostel z couchsurfingu, taksówkarze osiem razy proponujący trasę na mirador. nazca to linie i rysunki na ziemi, oglądane z metalowej wieży, to sałatka z avocado, która utknęła w moim żołądku.

arequipa to choroby: przeziębienie, zatrucie pokarmowe i choroba wysokościowa. herbatki z koki, odwiedzone posterunki policji, hostel z tarasem na dachu za 15 soli i habitacion matrimonial. arequipa to klasztor św. katarzyny, dominikańskie miasto w mieście, trzygodzinne zaparcie dechu. arequipa to tarasy inkaskie, choroba wysokościowa po raz drugi i pani w aptece. zgubione pieniądze, odnalezione pieniądze i mycie włosów w lodowatej wodzie.

puno to nocny przyjazd i nocleg w hospedaje na dworcu. to bliskość jeziora titicaca i karolinowe "kaja, popatrz! jakaś woda za oknem". puno to okrzyki sprzedawców biletów autobusowych od poranka: "parequi, parequi, parequi" i "lima, lima, lima". puno to śniadanie w trzy minuty i wyprawa na jezioro.

same jezioro to cud, boska łza, przenikliwie patrzące niebieskie oko. to indianie na pływających wyspach z trzciny, to kolorowe spódnice, w które nas przebrali, to twardość łóżek w ich domach, dzieci dwuletnie, które prawie wpadają do wody puszczone samopas. lago titicaca to wygodny hamak, próba wiosłowania w indiańskiej łodzi, to góry obijające się od jeziora. puno to arroz chaufa za 2 sole, konstytucja peru kupiona na ulicznym bazarze za 1,5 sola, to świeże pomarańcze, sudoku na schodach kościoła i poszukiwania agrafki w sklepach, bez znajomości jej nazwy po hiszpańsku.

a potem? 22 godzinna podróż. do limy. do prawie-domu. do skypa, do telefonu, do prac magisterskich, uniwersytetu i marzeń o kolejnych podróżach.