środa, 28 grudnia 2011

fiesta zmarłych czy żywych?


dlaczego zawiesiłam pisanie? bo chcę to przeżyć jeszcze raz. teraz.

dzień wszystkich świętych bez cmentarza nie jest wszystkim. mieszkam w zakonie, nic prostszego jak zapytać, zanotować, trafić i zapalić. otóż - nic bardziej mylnego. moje pytanie o najbliższy cmentarz w limie zostało przyjęte z niedowierzaniem, bo daleko, bo po co się tam zapędzać, bo niebezpiecznie. ponadto, cayita, w peru zmarłych odwiedza się po bożemu i logicznie - w dzień zaduszny, 2 listopada, a nie 1. zlitowała się moja ulubiona, meksykanka, mówiąc, że pojedziemy - problem był jeden: maria del carmen mieszka w limie od ponad roku, lecz jest w stanie zgubić się w naszej dzielnicy, lince, wracając z pomarańczami z targu.

lima ma miliony mieszkańców, a nie ma cmentarzy. jest campo de fe i inne oddalone od godzinę drogi od centrum, wielkie molochy grobowych osiedli, gdzie każdy położony jest za szybą, ze sztucznymi kwiatami i świeczkami wymienianymi z olbrzymich drabin. dla mnie, sąsiadującej z płotem cmentarnym, to nie cmentarze, to składowiska. najbliższy pseudocmentarz oddalony jest od centrum o 45 minut. nie mogłam uwierzyć.

cementerio de los angeles, na który dojechałyśmy, choć nie bez problemów (początkowo łapałyśmy combi jadące dokładnie w odwrotnym kierunku), jest najstarszym cmentarzyskiem limy. brak dokładnego zlokalizowania cmentarza i zagubienie po wyjściu z combi zrekompensowały nam kwietne tłumy, zmierzające w jednym kierunku. 10 minut później moim oczom ukazał się widok fascynujący: polski odpust parafialny w wersji wzmocnionej. nigdy w moim życiu nie widziałam tylu plastikowych straganów, breloczków ze świętymi, podrabianych czapek z daszkami, aut samojeżdzących, latarek samoświecących, balonów i wszelkich przedmiotów ordynarnie brzydkich. całość dopełniał typowo latynoski klimat - zapach świnek morskich, ziół wszystkoleczących i cennej maści z żółwia (z prezentacją całej wypatroszonej skorupy), wrzask sprzedawców, że u nich najlepsze, świeże i jedyne - masaże przeciwgrzybiczne (?), i tutaj najtaniej, kokosy, łańcuchy choinkowe, słodycze i plastik pod każdą postacią. zniczy nie uświadczyłam, kwiaty przed samą bramą. droższe, dlatego większość (ta mniejszość, która kupowała żywe) tachała je z zewnątrz. nie bez trudności, bo tłumy zatrważające, przeciskanie się torebek i dzieci na rękach.

peruwiańskie cmentarze są blokowiskami, poprzecinanymi ulicami świętych i osiedlami matek boskich. każdy segment grobowca ma swoją nazwę: maria guadalupe, duch święty, święta teresa lub inna matka boska rodem z ameryki. każdy segment dzieli się na poziome a,b,c aż do m, nieraz t oraz pionowe liczby. pięter jest dziesięć.

po cementerio de los angeles 1 listopada przewalają się tłumy - wielu z karteczkami, mruczących tajemnicze adresy: san martin de porres 8c. dzieci z watą cukrową, nawet wewnątrz cmentarza nielegalny handel kwitnie.  jednak wiele grobów, szczególnie na najwyższych piętrach jest pustych, jakby nie dosięgały tam wielkie drabiny, bez sztucznych kwiatów i kolorowych obrazków. modląc się z siostrą symboliczne "ave maria" za wszystkich zapomnianych, wzbudziłyśmy niemal sensację. i to my, cichutkie, choć 50 metrów od nas pan demonstrował czarodziejki pilot, który zmieniał programy każdego telewizora na ziemi. sin programar! oczywiście telewizor ryczał w tle, na środku cmentarza, w dzień wszystkich świętych, ale to my byłyśmy inne.

wracając, przecisnęłyśmy się przez kupiecki targ zbudowany w ciągu jednego dnia, na jeden dzień, kupiłyśmy kokosa i spokojnie, ponad godzinę, wracałyśmy do domu.