wtorek, 16 sierpnia 2011

fernando tuesta soldevilla y flavia freidenberg

dzisiaj bez pamięci zakochałam się w fernando. ale po kolei.


na uniwersytecie jelonki zignorowały moje przybycie zupełnie, jako że zaczęła się pora obiadowa, czyli wielki piknik z dokarmianiem zwierząt w tle. ilość studentów stołujących się w comedor central jest tak ogromna, iż spora część z nich konsumuje obiad za 3,60 na trawie w otoczeniu nie tylko flory, ale i bogatej fauny (mira eso: http://www.youtube.com/watch?v=gN6L2TZD3_Q). jako nudna europejka zjadłam obiad grzecznie przy stoliku i pobiegłam na zajęcia.
 
i wtedy moim oczom ukazał się fernando. nie po raz pierwszy zresztą, bo jedyne zajęcia jakie miałam w dniu poprzednim prowadził również on. 60-letni, niezwykle żywy, subtelnie żartobliwy, a nade wszystko piekielnie oczytany. zajęcia na uniwersytecie w Peru trwają trzy, cztery godziny bez żadnej przerwy. czas skupienia przeciętnego studenta wynosi 45 minut. czas skupienia studenta na wykładzie w języku obcym – 20 minut. czas mojego maksymalnego skupienia na wykładzie fernando – bite 180 minut. co prawda wyszłam zmaltretowana, ale za to z zapałem do pracy nad magisterką i señoritą flavią freidenberg jako amiga mia.
 
zaznajomił nas fernando, od razu zrozumiałam, że zostaniemy przyjaciółkami od serca, jak w książkach z dzieciństwa, jak w „ani z zielonego wzgórza”, kolejne zauroczenie od pierwszego wejrzenia. wiedziałam, ze będę jej powierniczką, że z radością wchłonę każde słowo, które zapragnie wypowiedzieć.
 
i oto siedzę już piątą godzinę przed komputerem i szukam książek flavii w Internecie i artykułów fernando w formacie .pdf. i mówię sobie, że nigdy nie zrobię kariery naukowej po to, że potem jakiś marny studencina moje publikacje ściągał za darmo ze stron uniwersytetu. ot co.
a! i słyszałam dziś, że na świecie wszystko załatwia się poprzez znajomości i dzięki znajomościom. no to mam nadzieję, ze znajomość z señorem fernando y señoritą flavią zaowocuje składną pracą magisterską.

niedziela, 14 sierpnia 2011

ceviche i farelka.

krótkiej relacji z dalekich, acz zimnych krajów ciąg dalszy.

mój pobyt w limie zaczął się tym, że na korytarzu pomiędzy łazienką a jadalnią spotkałam hiszpanko-greczynkę, Anę (której rodzice-dyplomaci aktualnie mieszkają w dżakarcie, a ona studiuje w szwajcarii, w związku z tym płynnie mówi w pięciu językach!), która dźwigała jakąś podejrzaną paczkę. gdy zapytałam co to. odpowiedziała krótko: farelka. zdębiałam. wiedziałam, że  w limie jest aktualnie zima, ale żeby aż tak? otóż wśród samych limeńczyków nie ma zgody, co do odczuwanej temperatury. ramię w ramię po ulicach spacerują Ci w krótkich rękawach razem z osobnikami w puchowych kurtkach (!) nadających się zimą na polski stok. osobiście nie marznę, nie jest mi za ciepło, nocą śpię pod 6 kocami(system bezkołdrowy), jednak Ana chyba inaczej odbiera temperaturę - przyniosła mi dziś do pokazania nowo zakupione kozaki do kolan (!) i ciepły płaszcz zimowy z futerkiem w kapturze(!!!). osobiście nie martwię się o swoje przetrwanie odkąd w Wongu znalazłam termosy i sprawdziłam, że farelki kosztują 35 soli :)

WONG (czyt. ŁONG)- to kolejny temat na niekończące się opowieści. sieć sklepów WONG dawniej należała do azjatów, sklep został niedawno wykupiony przez peruwiańczyków, lecz egzotyczna nazwa pozostała. w wongu można znaleźć wszystko, ale najbardziej zachwyca obsługa. wszystkie, ale to wszystkie kasy są otwarte, w tych kasach wszystkie, ale to wszystkie panie mają długie, czarne włosy spięte w koki czerwoną, wongową gumką. każdym kok wygląda TAK SAMO, więc mniemam, że panie musiały przejść jakiś kurs uczesania przed rozpoczęciem pracy. osobiście martwi mnie jednak dyskryminacja kobiet z włosami krótkimi i grzywkami :) co więcej w wongu można zjeść darmowe drugie śniadanie. na każdym dziale stoi bowiem pani z czerwoną gumką, spinającą kok, która na tacy trzyma produkty do konsumpcji próbnej. przyznaję się bez bicia – wczoraj zjadłam sałatkę z trzech różnych sałat z sosem vinegret, kawałek tamala, trochę sera, skosztowałam banana i zapiłam kubeczkiem jogurtu, po czym przeszła mi ochota na zakupy wraz z mijającym głodem :) także nie zginę - darmowe jedzenie w wongu plus obiady na uczelni za 3,60.

co do jedzenia - byłam wczoraj z inną polką, karoliną, w dzielnicy Barranco. bardzo ładnie, latynoska zabudowa, niespokojny ocean, zimno jak cholera, no i multum knajpek. od razu złowił nas latynos i pod ramię zaprowadził do restauracji Javier. wzbraniałyśmy się, bo restauracja u brzegu oceanu w znanej części stolicy musi być nieziemsko droga, ale cieszę się, iż on okazał się silniejszy. zjadłyśmy obiad za 15 złotych! i to jaki! tortilla de verduras, ceviche i darmowe pisco. ceviche (tradycyjna potrwa peruwiańska: kawałki owoców morza lub ryb w marynacie z limonek) było niejadalne dla naszych podniebień (brrr), za to pisco (lokalny alkohol z limonek, mocny, procentowo podobny do wódki) okazał się być znośny, choć dopiero po drugim łyku. muszę jeszcze tylko skosztować świnkę morską i mogę ze spokojnym sumieniem wracać do domu :)

a od jutra zaczynają się zajęcia na uniwersytecie, wracam więc do moich jelonków :)

kaja zwiedza świat.


czas na pierwszą relację z drugiej strony świata, choć trzeba przyznać, że jeszcze nie ochłonęłam po przyjeździe. po pierwsze zmiana czasu niby niewinna, lecz zdradziecka, daje się we znaki - zasypiamy o 21-22, budzimy się o 5 nad ranem w świetnych humorach, z zapałem do pracy, a za oknem dalej ciemno :) w ogóle świta dopiero około 6, a ciemno robi się już o 18.


co do mojego domu w San Isidro - jest przytulny, spokojny, rodem z książek Isabelle Allende - z Jose, który całe dnie siedzi na krzesełku przed furtką, otwiera ją domownikom i pilnuje, by nikt niechciany się nie wkradł, z Julią, która sprząta cicho i dyskretnie, a gdy się ją wita, uśmiecha się niewinnie jak dobre dusze z latynoskich telenoweli. jakbym przeniosła się w inną epokę - jak chłopiec z supermarketu przyniósł nam zakupy aż do naszej kuchni, twierdząc, że są bardzo ciężkie i nie możemy ich dźwigać same, to się zastanawiałam, czy to jest aby etyczne i co powiedzieliby na to obrońcy praw Indian :) w casa estudiante mieszkam z dwoma francuzami, francuzką, hiszpanką (hiszpanko-greczynką, która aktualnie studiuje w szwajcarii :P), pół-szwajcarką, pół-peruwianką, meksykaninem i polką, której absolutnie nie spodziewałam się tu spotkać.

co do uniwersytetu - dziś byłam tam pierwszy raz. jest nie-sa-mo-wi-ty! kampus zupełnie odcięty od miasta, samowystarczalny, z sklepami i kawiarniami. z własną kaplicą! i najważniejsze - uwaga! wśród nienagannie zadbanej zieleni pasą się (?) małe jelonki! żywe! prawdziwe! piękne! jak z bajki! i jest ich pełno, wszędzie, na każdym skwerku zieloności, na każdym trawniku :) jak się okazało uniwersytet jest prywatny, co sprawia, że wszystko jest na bardzo wysokim poziomie, o informacji nie wspominając. jestem pod wrażeniem przygotowania koordynatorów. nigdy nie wiedziałam tyle, rozpoczynając semestr, ile dowiedziałam się na jednym spotkaniu. otóż można, ujocie, można!

co do limy - zachwyca. jest bezpieczniejsza niż bogota, bez dwóch zdań, przy czym zachowała klimat zgiełku i gwaru latynoskiego miasta. ze strony peruwiańczyków niewiele grozi, ale w samochodach są najniebezpieczniejszymi ludzi na świecie! neapol to nic! pieszy niemiecki przyzwyczajony do przechodzenia po pasach bez spoglądania w prawo i lewo, zginąłby tu wykonując pierwszy krok. tu nie ma pasów. tu nie ma zasad. jest tylko trzypasmowa droga, po której suną taśmociągi collectivo, taksówek i innych szalonych samochodzików, którą trzeba przejść. prawdziwa przeprawa. wczoraj czekałam 10 minut zanim wbiłam się pomiędzy pędzące auta. i to nie jest tak, że jestem borokiem-obcokrajowcem bez doświadczenia! czekałam, a potem biegłam łeb w łeb w autentycznymi limeńczykami!

inny temat to taksówki, do których jeszcze długo nie wsiądę, nie z uwagi na wrodzony strach, ale na nieznajomość ulic. otóż, każdy kto chce dojechać do celu, musi taksówkarzowi najpierw wytłumaczyć, gdzie dana ulica się znajduje, a następnie kierować go: teraz prawo, potem lewo. imposibles! taksówkarze zupełnie nie znają miasta, w poniedziałek błądziliśmy godzinę, zanim trafiliśmy do celu, bo kierowca okazał się piekarzem, który tylko dorabia jako taksówkarz :)

bardzo mi się podoba, bardzo! a owoce i warzywa mają smak, którego nigdy nie miały w Polsce! pomarańcze, limonki, jabłka, o tropikalnych dziwactwach nie wspominając. chwilowo gotuję w domu, ale dziś zobaczyłam, że obiad na uczelni kosztuje 3,60 sola (w najprostszym przeliczniu świata: 3,60 zł), co przyczyni się pewnie do rozwoju kuchennego lenistwa.