niedziela, 14 sierpnia 2011

ceviche i farelka.

krótkiej relacji z dalekich, acz zimnych krajów ciąg dalszy.

mój pobyt w limie zaczął się tym, że na korytarzu pomiędzy łazienką a jadalnią spotkałam hiszpanko-greczynkę, Anę (której rodzice-dyplomaci aktualnie mieszkają w dżakarcie, a ona studiuje w szwajcarii, w związku z tym płynnie mówi w pięciu językach!), która dźwigała jakąś podejrzaną paczkę. gdy zapytałam co to. odpowiedziała krótko: farelka. zdębiałam. wiedziałam, że  w limie jest aktualnie zima, ale żeby aż tak? otóż wśród samych limeńczyków nie ma zgody, co do odczuwanej temperatury. ramię w ramię po ulicach spacerują Ci w krótkich rękawach razem z osobnikami w puchowych kurtkach (!) nadających się zimą na polski stok. osobiście nie marznę, nie jest mi za ciepło, nocą śpię pod 6 kocami(system bezkołdrowy), jednak Ana chyba inaczej odbiera temperaturę - przyniosła mi dziś do pokazania nowo zakupione kozaki do kolan (!) i ciepły płaszcz zimowy z futerkiem w kapturze(!!!). osobiście nie martwię się o swoje przetrwanie odkąd w Wongu znalazłam termosy i sprawdziłam, że farelki kosztują 35 soli :)

WONG (czyt. ŁONG)- to kolejny temat na niekończące się opowieści. sieć sklepów WONG dawniej należała do azjatów, sklep został niedawno wykupiony przez peruwiańczyków, lecz egzotyczna nazwa pozostała. w wongu można znaleźć wszystko, ale najbardziej zachwyca obsługa. wszystkie, ale to wszystkie kasy są otwarte, w tych kasach wszystkie, ale to wszystkie panie mają długie, czarne włosy spięte w koki czerwoną, wongową gumką. każdym kok wygląda TAK SAMO, więc mniemam, że panie musiały przejść jakiś kurs uczesania przed rozpoczęciem pracy. osobiście martwi mnie jednak dyskryminacja kobiet z włosami krótkimi i grzywkami :) co więcej w wongu można zjeść darmowe drugie śniadanie. na każdym dziale stoi bowiem pani z czerwoną gumką, spinającą kok, która na tacy trzyma produkty do konsumpcji próbnej. przyznaję się bez bicia – wczoraj zjadłam sałatkę z trzech różnych sałat z sosem vinegret, kawałek tamala, trochę sera, skosztowałam banana i zapiłam kubeczkiem jogurtu, po czym przeszła mi ochota na zakupy wraz z mijającym głodem :) także nie zginę - darmowe jedzenie w wongu plus obiady na uczelni za 3,60.

co do jedzenia - byłam wczoraj z inną polką, karoliną, w dzielnicy Barranco. bardzo ładnie, latynoska zabudowa, niespokojny ocean, zimno jak cholera, no i multum knajpek. od razu złowił nas latynos i pod ramię zaprowadził do restauracji Javier. wzbraniałyśmy się, bo restauracja u brzegu oceanu w znanej części stolicy musi być nieziemsko droga, ale cieszę się, iż on okazał się silniejszy. zjadłyśmy obiad za 15 złotych! i to jaki! tortilla de verduras, ceviche i darmowe pisco. ceviche (tradycyjna potrwa peruwiańska: kawałki owoców morza lub ryb w marynacie z limonek) było niejadalne dla naszych podniebień (brrr), za to pisco (lokalny alkohol z limonek, mocny, procentowo podobny do wódki) okazał się być znośny, choć dopiero po drugim łyku. muszę jeszcze tylko skosztować świnkę morską i mogę ze spokojnym sumieniem wracać do domu :)

a od jutra zaczynają się zajęcia na uniwersytecie, wracam więc do moich jelonków :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz