czas na pierwszą relację z drugiej strony świata, choć trzeba przyznać, że jeszcze nie ochłonęłam po przyjeździe. po pierwsze zmiana czasu niby niewinna, lecz zdradziecka, daje się we znaki - zasypiamy o 21-22, budzimy się o 5 nad ranem w świetnych humorach, z zapałem do pracy, a za oknem dalej ciemno :) w ogóle świta dopiero około 6, a ciemno robi się już o 18.
co do mojego domu w San Isidro - jest przytulny, spokojny, rodem z książek Isabelle Allende - z Jose, który całe dnie siedzi na krzesełku przed furtką, otwiera ją domownikom i pilnuje, by nikt niechciany się nie wkradł, z Julią, która sprząta cicho i dyskretnie, a gdy się ją wita, uśmiecha się niewinnie jak dobre dusze z latynoskich telenoweli. jakbym przeniosła się w inną epokę - jak chłopiec z supermarketu przyniósł nam zakupy aż do naszej kuchni, twierdząc, że są bardzo ciężkie i nie możemy ich dźwigać same, to się zastanawiałam, czy to jest aby etyczne i co powiedzieliby na to obrońcy praw Indian :) w casa estudiante mieszkam z dwoma francuzami, francuzką, hiszpanką (hiszpanko-greczynką, która aktualnie studiuje w szwajcarii :P), pół-szwajcarką, pół-peruwianką, meksykaninem i polką, której absolutnie nie spodziewałam się tu spotkać.
co do uniwersytetu - dziś byłam tam pierwszy raz. jest nie-sa-mo-wi-ty! kampus zupełnie odcięty od miasta, samowystarczalny, z sklepami i kawiarniami. z własną kaplicą! i najważniejsze - uwaga! wśród nienagannie zadbanej zieleni pasą się (?) małe jelonki! żywe! prawdziwe! piękne! jak z bajki! i jest ich pełno, wszędzie, na każdym skwerku zieloności, na każdym trawniku :) jak się okazało uniwersytet jest prywatny, co sprawia, że wszystko jest na bardzo wysokim poziomie, o informacji nie wspominając. jestem pod wrażeniem przygotowania koordynatorów. nigdy nie wiedziałam tyle, rozpoczynając semestr, ile dowiedziałam się na jednym spotkaniu. otóż można, ujocie, można!
co do limy - zachwyca. jest bezpieczniejsza niż bogota, bez dwóch zdań, przy czym zachowała klimat zgiełku i gwaru latynoskiego miasta. ze strony peruwiańczyków niewiele grozi, ale w samochodach są najniebezpieczniejszymi ludzi na świecie! neapol to nic! pieszy niemiecki przyzwyczajony do przechodzenia po pasach bez spoglądania w prawo i lewo, zginąłby tu wykonując pierwszy krok. tu nie ma pasów. tu nie ma zasad. jest tylko trzypasmowa droga, po której suną taśmociągi collectivo, taksówek i innych szalonych samochodzików, którą trzeba przejść. prawdziwa przeprawa. wczoraj czekałam 10 minut zanim wbiłam się pomiędzy pędzące auta. i to nie jest tak, że jestem borokiem-obcokrajowcem bez doświadczenia! czekałam, a potem biegłam łeb w łeb w autentycznymi limeńczykami!
inny temat to taksówki, do których jeszcze długo nie wsiądę, nie z uwagi na wrodzony strach, ale na nieznajomość ulic. otóż, każdy kto chce dojechać do celu, musi taksówkarzowi najpierw wytłumaczyć, gdzie dana ulica się znajduje, a następnie kierować go: teraz prawo, potem lewo. imposibles! taksówkarze zupełnie nie znają miasta, w poniedziałek błądziliśmy godzinę, zanim trafiliśmy do celu, bo kierowca okazał się piekarzem, który tylko dorabia jako taksówkarz :)
bardzo mi się podoba, bardzo! a owoce i warzywa mają smak, którego nigdy nie miały w Polsce! pomarańcze, limonki, jabłka, o tropikalnych dziwactwach nie wspominając. chwilowo gotuję w domu, ale dziś zobaczyłam, że obiad na uczelni kosztuje 3,60 sola (w najprostszym przeliczniu świata: 3,60 zł), co przyczyni się pewnie do rozwoju kuchennego lenistwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz