w moim zakonie przy jednym stole gromadzi się całe bogactwo wielokulturowości. i nie dlatego, że ja jestem inna, lecz dlatego, że to ameryka jest tak zróżnicowana. jeden wspólny obiad, świąteczny, bo święto matki boskiej bolesnej i przywitanie sieroty z kraju świętego papieża, uzmysławia różnice kulturowe. nawet rysy twarzy zdradzają, że nie wszystkie metyski są peruwiankami. banalne pytanie: 'y que se come en polonia?' zamienia się w wyprawę kulinarną po całej ameryce łacińskiej. przykładowo w ekwadorze, 'w połowie świata' jak mawia ekwadorka, jada się jeszcze więcej ryżu, a meksykanka przed obiadem wcina papaję, co wzbudza poruszenie reszty - przecież miała być na deser. peruwianka obok mnie z rosołu wyławia ugotowaną nogę kury z pazurami i z radością zajada. wydaje się pyszna. patrzę na nie z boku i wydaje mi się, że jeszcze wiele czasu minie zanim się odkryją, zachwycam się ich otwartością i wzajemnym zainteresowaniem. i zastanawiam się, na ile to moja obecność wzbudziła w nich wspomnienia z rodzinnych stron.
co pocieszające w nieodkrytym świecie kulinarnym przynajmniej zmywa się jak w polskich zakonach, więc mogłam się wykazać :)
i ważny aspekt nowego lokum, oprócz spokoju nieocenionej kaplicy - moje badania do pracy magisterskiej nad popularnym katolicyzmem w peru. jednym słowem - znalazłam idealne miejsce bez składania ślubów i wskakiwania w habit :)
W Hiszpanii największe zdziwienie wzbudziło jedzenie kanapek na kolację... Powodzenia z obserwacją:).
OdpowiedzUsuń